Przyszło nowe – 40

Przyszło nowe. Jedna chwila wystarczyła, by świat się zmienił… Właściwe elementy rzeczywistości nareszcie zetknęły się odpowiednimi brzegami, kliknęły i pojawił się pełen obraz. Wszystko, co pozornie nie miało związku ani znaczenia, nagle nabrało sensu.

Autor: Justyna Czekała

Za górami za lasami – 28

Za górami, za lasami, za siedmioma rzekami rosło wolne miasto. Jego niegdyś wysokie kamienne mury obronne zastąpił kwitnący żywopłot, a koryto zaopatrującej miasto rzeki zostało udrożnione po latach utrudnionego przepływu. Mieszkańcy miasta codziennie błogosławili słońce, ciesząc oczy kwiatami i kosztując licznych owoców, jakie w cieple dojrzewały dla nich bez wysiłku. Każdego dnia wychodzili za mury, by pokłonić się otaczającym je górom. Spokój, pokora i ufność roztaczały się po okolicy jak kręgi na wodzie, aż za siódmy las i siódmą dolinę. Skoro miasto napełniło już całą okolicę błogą harmonią, nadszedł właściwy moment, aby wypromieniowana dobra energia wróciła do niego ze zwielokrotnioną mocą.

Autor: Justyna Czekała

Za górami za lasami – 22

Za górami, za lasami, za siedmioma rzekami rosło niezłe ziółko. Długo zimowało zahibernowane na końcu świata, ale okres wegetacji właśnie się skończył i ziółko zaczęło główkować, jak się z tego końca świata wydostać. A że makówkę miało nie od parady, zaraz zasiało kilka niezłych pomysłów na ekspansję w stronę świata.

Autor: Justyna Czekała

Za górami za lasami – 15

Za górami, za lasami, za siedmioma rzekami rosło rozłożyste, choć nieco zwichrowane drzewo o chropowatej korze i purpurowych liściach. Latem słońce przeświecało przez cienkie czerwone żyłki i drzewo mieniło się na wietrze odcieniami rdzy, cynobru i szkarłatu. Zimą czerwień w zwolnionym tempie opadała na śnieg, a soki pod chłodną korą przestawały krążyć i drzewo sprawiało wrażenie, jakby usychało na dobre. Ale potem zawsze następowało kolejne lato i drzewo szumiało rudą koroną, co roku większe i mocniejsze.

Autor: Justyna Czekała

Za górami za lasami – 13

Za górami, za lasami, za siedmioma rzekami rosło ziarenko. Nikt nie wiedział, skąd się tam wzięło, a i ono samo już o to nie pytało. Pewnego dnia obudziło się na środku wielkiej płaskiej skały i postanowiło wbrew wszystkiemu na niej wyrosnąć. Czasem rozgrzany na słońcu kamień grzał ziarenko przyjemnie, a czasem mocno piekł. Deszcz raz padał i podlewał je obficie, innym razem odmawiał nawet kropli wody. Wiatr smagał je za to zawsze tak samo bezwzględnie, jak tylko wiatr potrafi smagać szczyty skał i wszystko, co się na nich znajduje. Ziarenko długo po prostu tam leżało i już wydawało się, że nic z niego nie wyrośnie, kiedy pewnego dnia przez jego grubą skórę przebił się na zewnątrz zielony kiełek. I właśnie wtedy wiatr dmuchnął na tyle mocno, że przemieścił ziarenko nieco dalej, na żyzną i wilgotną glebę.

Autor: Justyna Czekała