Przez kawiarniane okno – 58

Przez kawiarniane okno widać było chodnik, ulicę, kawałek placu i ludzi, idących chodnikiem lub przechodzących przez ulicę i plac. Było późne popołudnie, przechodniów było wielu – cały tłum. Szli duzi i mali, starzy i młodzi, a wśród nich mały Okruszek Światła, ruchliwy, skoczny Blik, który przeskakiwał z osoby na osobę. Czasem ozdabiał drzewo, chodnik, kubraczek…, a częściej wybierał ręce i twarze przechodniów. Nie wiadomo, skąd się wziął. Był wesoły i to udzielało się ludziom. Może dlatego tak tłoczno było w tej okolicy, niezależnie od pory roku i dnia. Ludzie pchali się tłumnie, a Blikowi bardzo się to podobało

Autor: Ewa Damentka

Przez kawiarniane okno – 57

Przez kawiarniane okno widać było chodnik, ulicę, kawałek placu i ludzi, idących chodnikiem lub przechodzących przez ulicę i plac. Było późne popołudnie, przechodniów było wielu – cały tłum. Szli duzi i mali, starzy i młodzi, a wśród nich para bardzo spragniona kawy. Para szukała miłej kafejki z dobrą kawą. Gdy weszli już do odpowiedniej sali, usiedli. Postanowili do kawy domówić jeszcze sernik. To był dobry pomysł, bo jedno pasowało do drugiego.

Autor: Adam

Przez kawiarniane okno – 56

Przez kawiarniane okno widać było chodnik, ulicę, kawałek placu i ludzi, idących chodnikiem lub przechodzących przez ulicę i plac. Było późne popołudnie, przechodniów było wielu – cały tłum. Szli duzi i mali, starzy i młodzi, a wśród nich… rozwiązanie. Szło sobie wolniutko, rozglądając się uważnie i wypatrując osób, którym mogłoby się przydać.

Wynalazcom podsuwało pomysły, pokazywało wizję przedmiotów, które dopiero miały powstać. Ciężarnym kobietom przynosiło ulgę i ułatwiało poród. Ludziom w kłopotach podsuwało nowe pomysły i dawało nadzieję. Wokół samotnych robiło tłok, żeby poczuli bliskość ludzi – przynajmniej na pewien czas.

Teraz szło i samo było ciekawe, jakie rozwiązanie przyjdzie mu do głowy i komu tym razem pomoże…

Autor: Ewa Damentka

Przez kawiarniane okno – 55

Przez kawiarniane okno widać było chodnik, ulicę, kawałek placu i ludzi, idących chodnikiem lub przechodzących przez ulicę i plac. Było późne popołudnie, przechodniów było wielu – cały tłum. Szli duzi i mali, starzy i młodzi, a wśród nich rodzina z psem. Pies wesoło merdał ogonem i czekał na zabawę w aportowanie. Jego pan w jednej ręce trzymał smycz, a w drugiej kijek. Dzieci chciały pójść na lody. Mama cieszyła się z tego wszystkiego, bo cała rodzina była razem. Ustalono, że najpierw dzieci poczekają z psem przed restauracją, a dorośli pójdą na kawę. Później dzieci pójdą na lody. Pies miał najgorzej, bo musiał czekać najdłużej. Zabawa w aportowanie miała miejsce na pobliskiej łące, oddalonej o dwa kilometry od Placu Ratusza

Autor: Adam